wtorek, 25 lutego 2014

Upadek - Moje pierwsze z pierwszych opowiadań


Cisza… Nic oprócz ciszy… Nikt się nie spodziewał, że będzie trwała tak długo. Tak, dziś od ponad 10 lat można było usłyszeć znajomy dźwięk. Dźwięk silnika Diesla… Terkot był tak donośny, że można go było usłyszeć z drugiego końca miasta. Dwie smugi halogenowych świateł przecinały zniszczoną drogę, na której pośrodku znalazły się zniekształcone wraki samochodów. Nie były one jednak przeszkodą dla kierowcy, który swoim Rosomakiem przejeżdżał niczym radziecki atomowy lodołamacz przedzierający się przez lody Antarktydy. Za sobą niósł chmurę czarnego dymu, jakby sama Śmierć nim jechała. Zobaczywszy pozostałości po Galerii Twierdza Kłodzko i zdjąwszy zakurzone okulary spawalnicze, kierowca zatrzymał się i rozpłakał. Cieknące łzy spływające po policzkach zostawiały za sobą ślady na twarzy. Horacy przypomniał sobie miasto, które uwielbiał odwiedzać zawsze w weekendy, ponieważ mieszkała tam jego ukochana Iwona. Płakał, bo wiedział, że jej nigdy więcej nie zobaczy; jej ciało zostało zniszczone przez szalejący ogień powstały po wybuchu bomby atomowej, która omyłkowo znalazła się nad Kłodzkiem, zaś jej dusza została stopiona przez promieniowanie pozostałe po tej strasznej katastrofie. Horacy zebrał się w sobie, wsiadł i ruszył w kierunku centrum handlowego. Lawirując między samochodami, dostał się w końcu pod same drzwi i przeszedł przez nie bez problemu, gdyż szyby były powybijane od dawna. Udał się do Empiku, miejsca, gdzie czekając na swoją dziewczynę, czytywał książki i za każdym razem którąś kupował i przeznaczał na prezent dla Iwony. Dziś to miejsce przypomniało jedynie starożytne egipskie grobowce ze zbutwiałymi, nadającymi się tylko na ognisko książkami i spalonymi ciałami „kapłanów”, którzy tu spędzili ostatnie chwile życia, trzymając w ręku rzeczy, które nigdy nie trafiły do innych rąk. Horacy pomknął w swoich skórzanych wojskowych butach do stanowiska z militariami. Było ono zawalone metalowym stelażem dachu, którego tak naprawdę nie było widać spod warstwy śniegu. Odgarnął śnieg saperką i znalazł kilka przydatnych rzeczy: maskę przeciwgazową, maczetę będącą w pokrowcu, scyzoryk i słynną, już nieco zakurzoną, apteczkę samochodową, której cena nie była wcale niska, ale jej zawartość pozwoliłaby przetrwać najgorsze przypadki medyczne. Horacy zabrał łup do plecaka. Przy okazji wyjął latarkę, ponieważ zaczęło się ściemniać. Gdy dotarł do supermarketu, osłupiał ze strachu. Zobaczył stosy szkieletów ludzkich, leżące wśród półek. Psycho przeklął pod nosem, bo na półkach nie było ani grama jedzenia, nawet tego dla zwierząt. ”Nawet nie chcę wiedzieć, co się stało, gdy jedzenie się skończyło”- pomyślał i nagle obok niego zawalił się kawałek dachu, wyrzucając w powietrze tumany kurzu i popiołu. „Szczęściarz” – powiedział, wypluwając z ust pył i wycierając go z twarzy. Potem wrócił do transportera.
Horacy pracował jako mechanik w jednej z baz wojskowych na Dolnym Śląsku, głównie naprawiał pojazdy opancerzone i ciężarówki transportowe. Stacjonował trzy lata w Iraku, gdzie często wyjeżdżał z oddziałem na patrole, by pomóc lokalnym mieszkańcom. Mówili na niego „Psycho”, bo lubił od czasu zrobić komuś seans psychologiczny i fascynował go ludzki umysł, przeczytał kilka książek właśnie na jego temat.  Po powrocie do kraju czekała na niego dziewczyna - Iwona, którą poznał gdzieś w podziemiach Twierdzy Kłodzkiej. Jednak kolejny raz musiał wstąpić do wojska, lecz tym razem sprawa była poważniejsza… A żeby Koreę Północną i ich sprzęt! Kim Dzong-Un nie wiadomo dlaczego zrzucił swoje głowice na Europę, głównie w jej środkową część, dlatego Polska oberwała. Lecz za nim nastąpił atak, ogłoszono alarm bombowy i nakazano ludziom chować się do schronów. Horacy, kierując ludzi do schronu, gdzieś w okolicy Wrocławia, cały czas myślał o tym, czy jego dziewczyna z Kłodzka zdąży się schować przed atakiem. Była ona w ciąży a dokładnie w 5 miesiącu. Gdy udało się pomieścić część ludzi w schronach, żołnierze odpychali tłum, tłumacząc, że nie ma miejsc i trzeba udać się do piwnic lub innych bezpiecznych miejsc. Ludzie nadal nie słuchali, padły strzały i tłum w panice uciekł. Dopiero wtedy właz zamknięto. Dało się jednak słyszeć walenie pięściami do włazu i krzyki niezadowolenia... Huk wybuchu nawet w podziemiach był nie znośny, spadła, bowiem rakieta balistyczna, jakieś 2 kilometry stąd. Krzyki jednak nie ucichły. Rakieta nie była uzbrojona w głowicę i narobiła szkody w postaci pożaru na łące. Horacemu trzęsły się ręce, gdyż przeżył on szok, jakiego nigdy nie doświadczył. Czuł się winny z tego powodu, iż nie mógł wpuścić tych ludzi z zewnątrz do bezpiecznego schronu. Usłyszał gdzieś na korytarzu głosy dochodzący z radiowęzła, pobiegł za źródłem dźwięku i stało tam jeden operator radiowy, jeden dowódca i dwóch jego podwładnych. Wszyscy we czterech patrzyli z przestraszoną miną na telebim przedstawiający mapę polski z podświetlonymi na czerwono punktami przedstawiające schrony. Znikały jeden po drugim. Warszawa… Kraków… Gniezno… i inne 30 schronów. 
-Co się dzieje sierżancie? – Zapytał Horacy stojącego obok podstarzałego już żołnierza.
-Cóż… Nie wygląda to nazbyt ciekawie. Jesteśmy już zgładzeni.- Powiedział dowódca, będąc bardzo zestresowany tą sytuacją.
-Jako to zgładzeni? – Powiedział Psycho nie dowierzając w to, co usłyszał dosłownie przed momentem
-To ty nie rozumiesz?! To jest koniec! Epilog naszego istnienia! Armagedon! Nasza ojczyzna została zrównana niemal całkowicie z ziemią! Tylko niektóre miasta miały szanse przetrwać… - Krzyknął do Horacego sierżant, wyrzucając z siebie gniew. Horacy modlił się w myślach o to, żeby głowice ominęły Kłodzko. Pech chciał, że w tym momencie zniknął sygnał z Kłodzka, co oznaczało jedno… Z miasta nie zostało wiele… Czuł, że coś w nim umiera. Jego ciało napełniało się żalem i fałszywą chęcią wierzenia w to, że wszystko będzie dobrze. To uczucie trzymało tak 4 lata, gdy postanowił wyjść na powierzchnię i ruszyć do Kłodzka…
       Horacy wyjął z kieszeni kamizelki kluczyki od transportera opancerzonego, wsadził do stacyjki, przekręcił je, i czterystukonny silnik zabrzmiał donośnym rykiem. Zbadawszy poziom oleju napędowego, ruszył na poszukiwania choćby jednej żywej duszy w tym zapomnianym mieście. Przejeżdżając ulicą obok zniszczonego budynku gimnazjum, napotkał przeszkodę. Otóż na drodze zalegał góra gruzu ze ścian zniszczonych budynków, które sąsiadowały ze sobą. Jednak to nie stanowiło problemu dla Rosomaka, który gładko przejechał przez skarpę. Gdy już minął skarpę, wysiadł z kabiny i skierował się w stronę tuneli prowadzące do wnętrza Twierdzy, która sama trochę przez atak ucierpiała. Najbardziej zniszczoną częścią budowli był jeden z tarasów, który przypominał tylko kopiec cegieł, który mógł się w każdej chwili może posypać. Horacy szedł chwilę tunelami, lecz musiał zawrócić gdyż były one zawalone. Jedyną drogą, która umożliwiała wejście do Twierdzy, była wspinaczka na jeden z tarasów. Na szczęście przewidywanie takich sytuacji często pomagały Horacemu w pracy. Wziąwszy czekany, raki, karabinki, i kołki do montażu w lodzie, zabrał się do ruszenia w wyprawę na „szczyt”. Twierdza z wyglądu przypominała zamarznięty wodospad, lecz to nie stanowiło problemu dla Horacego. Czekany trzymały się w lodzie niesamowicie, co Horacy sprawdził wieszając się na jednym z nich. Gdy założył asekurację, czuł jak zaczęły sztywnieć z zimna, lecz nie zwracając uwagi na te bodźce wspinał się, co raz wyżej i wyżej. Gdy dotarł na taras okazało się, że nie ma na nim ani grama lodu, tylko sam śnieg i popiół. Wspinaczka zajęła mu około 40 minut, czym doprowadził swoje palce prawie do pierwszego stopnia odmrożenia. Horacy wyjął, zatem z kurtki kieszonkowy ogrzewacz na benzynę, zapalił i umieścił w rękach. Gdy już poczuł, że ból w dłoniach przechodzi, zgasił go i schował z powrotem do kieszeni. Zaczął czekanem odkopywać drzwi, gdy już usunął śnieg drzwi się uchyliły. Horacy włączył latarkę i poświecił w stronę korytarza. To, co zobaczył trochę go zdziwiło. Na podłodze, bowiem walały się maski przeciwgazowe, dozymetry, zużyte apteczki i instrukcje postępowania w razie ataku jądrowego. Zapaliwszy latarkę, ruszył wzdłuż tunelu. Horacy oprócz kapiącej wody ze ścian, słyszał tylko swój oddech. Tuż pod sufitem wisiały się kable, wydawało się, że ciągnęły w nieskończoność. Po drodze znalazł starą mapę pokazującą rozplanowanie pomieszczeń w Twierdzy. Horacy postanowił udać się do pomieszczenia z łącznością. Podczas podróży do kolejnej części schronu, próbował z otaczającej wręcz grobowej ciszy wychwycić jakikolwiek dźwięk, jednak ten czyn na nic się nie zdał.  Gdy już dotarł do celu, zobaczył rzędy komputerów, przy którym siedziały szkielety ludzi. „Chyba próbowali złapać sygnał, aż do samej śmierci.” – Pomyślał Horacy przyglądając się przy okazji sprzętowi. Jak na takie miasto to sprzęt z najwyższej półki trafił do schronu, choć teraz on był nadgryziony zębem czasu i awariami. Boki obudowy wyglądały na przysmalone z powodu pewnie spalenia płyty głównej. Wyszedł z pomieszczenia i poszedł sprawdzić inne. Rzeczy, które w nich znalazł były różne: koce, książki z literatury każdego gatunku, zapiski osób, które przetrwał, ale najbardziej przydał mu się szwajcarski scyzoryk. Postanowił wrócić do Rosomaka. Postanowił ruszyć na rynek. Tam droga jednak, prowadziła na 2 sposoby, przechodzenie przez ruiny ratusza lub zjazd transporterem niżej, gdzie promieniowanie miało większe działanie. Mechanik wolał wybrać ścieżkę z dala od promieniowania. Przebiwszy się przez ratusz, znalazł się na placu, który otoczony budynkami przypominał lodową dolinę, lecz tylko górne części budynków była pokryta lodem. Horacego coś ciągnęło w stronę starego kiosku, będącego na obrzeżu rynku, przebiegł przez plac do niego i wszedł przez framugę. Czuł, że pod stertami zbutwiałych gazet i czasopism jest coś, co koniecznie musi zobaczyć. Psycho zaczął przekopywanie kupy papieru by dostać się do celu. Wreszcie znalazł pudełko, na którym był wyryty nożem napis „Z prochu powstałeś w proch się obrócisz”. Zawierało ono małą książeczkę, przypominającą pamiętnik. Horacy zajrzał do środka i stwierdził, że należał on do kobiety, zaczęło się robić ciemno, więc wziął ją do Rosomaka, podłączył lampę do osobnego akumulatora, który z kolei był ładowany przez kolektory słoneczne zamontowane na nadwoziu transportera. Usiadł wygodnie w kabinie i nie sprawdził radia. Nie robi tego już od dłuższego czasu, gdyż przez te 4 lata nikt się nie odzywał z łączności baz. Czas swoje zrobił, książeczka ledwo się trzymała, a przy okazji nie miała kilku stron, niektóre z nich były nieczytelne. Jednak Horacy w końcu znalazł zapis, który w był dobrym stanie:
Dzień 13
Jedzenie skończyło mi się 2 dni temu. Źle się czuję, nie mam czego jeść i pić. Wyjrzałam z kiosku i widziałam ludzi, którzy umierali lub już umarli z przyjętej dawki promieniowania. Na ścianach można było zobaczyć odbite negatywy tych, co w czasie wybuchu szli sobie do pracy lub do szkoły. Nie wiem ile jeszcze będę żyć. Z dzień… Dwa dni… Włosy dawno zaczęły mi wypadać, wiem, że jestem już tylko wrakiem człowieka. Chociaż ten notesik po mnie zostanie. Najbardziej tęsknić będę za moim ukochanym Horacym, którego nigdy więcej nie zobaczę, nasze dziecko nigdy nie pozna ojca. Dobrze, że chociaż ono będzie miało rodzinę, zostało adoptowane przez małżeństwo żołnierzy. Czas na sen może nawet na sen wieczny, czuję się zmęczona. Jutro mogę już się nie, obudzić. Mam cichą nadzieję, że Horacy znajdzie ten notesik i to przeczyta. Kocham cię…

Horacy, gdy skończył czytać rozpłakał się, obudziła się w nim tęsknota za Iwoną i za starym światem, w którym był szczęśliwy. Płacz nie cichł przez dobre 20 minut, potęgując atmosferę tego miasta. Miał go dosyć i chciał jak najszybciej z niego wyjechać. Ściskają notesik Psycho wyczuł, że coś jest pod okładką. Horacy wziął wojskowy nóż i otworzył nim starą skórę znajdującą się na książeczce. Ukazał mu się naszyjnik, który kupił Iwonie na 5 rocznicę ich związku, zabierając go czuł, że mimo Iwona umarła, jej dusza będzie przy nim w tym wisiorku. Gdy spędził noc z notesem w ręce, za świtu sprawdził kiosk jeszcze raz czy przypadkiem czegoś nie przeoczył. Gdzieś w kącie walał się fragment mapy Polski ze zaznaczonymi Tatrami w kółku i napisanym czerwonym flamaster nad nim słowem „NADZIEJA”. Horacy, postanowił, że to będzie jego głównym celem. Zabrał papier ze sobą i wsiadł do Rosomaka, wskaźnik paliwa był na niskim poziomie, Horacy wlał olej napędowy z kanistra do baku, po czym ruszył dalej. Był na tyle kreatywny, że skonstruował filtr do oleju by oczyszczony pozwolił mu na jazdę transporterem bez zmartwień. Psycho jechał w stronę Mostu Gotyckiego, posągi przedstawiające świętych były zniszczone i przypominały o tym, że religia nie może się równać z ludzką nienawiścią i bronią masowego rażenia. Nie był on zniszczony, falę uderzeniową głównie przejęły otaczające budynki. Widok z mostu na miasto w kierunku przystanku PKS przypominał to, co zostało Warszawy podczas drugiej Wojny Światowej. Wjeżdżając na główną drogę, przez naderwany most starał się by, żadne z sześciu kół nie znalazło się w powietrzu. Z budynków wokół niej zostały szkielety jak by były z kart i ktoś by je zdmuchnął. Na niebie przez chmury przebijały się promienie słoneczne, odbierając Kłodzku odrobinę ponurej atmosfery. Główna droga była zasypana wrakami samochodów osobowych i autobusów, w których szkielety ludzi zastygły w swoich czynnościach podczas fali ognia następującej po detonacji bomby atomowej. Na drodze leżały betonowe fragmenty wiaduktu, z którego wisiała lokomotywa, z kilkoma wagonami pasażerskimi.  Mijał Rosomakiem kolejne zniszczone ulice, jechał tak do wylotu z miasta. Tam ostatni raz spojrzał na stolicę Kotliny Kłodzkiej, założył wzmacnianą płytami kewlarowymi płytami kurtkę. Zanim odjechał na starym banerze reklamowym napisał: „Wojna… Wojna nigdy się zmienia… Ci, co ją wywołali zapewne smażą się w piekle… Pewnie są dumni, że na nasz świat sprowadzili takie okropieństwo, upadek… Potępione będą ich dusze na wieki…”. Horacy wsiadł do transportera za kierownicą i wyjął zza siedzenia pudełko, w którym znajdowały się płyt CD z muzyką, znalezione z jednej w piwnic. Psycho wsadził jedną do odtwarzacza i do uszu dopłynęły piękne dźwięki jazzowe w wykonaniu Louisa Armstronga. Horacy zrobił to po raz pierwszy od bodajże 2 lat. Muzyka jakby dodała mu nadziei na znalezienie wolnej od skażenia osady gdzie by mógł spokojnie żyć. I znów w Kłodzku nastawała cisza. Nieprzerwalna od 10 lat. Terkot Diesla był co raz mniej słyszalny, kierował się w stronę znalezienia nowego życia, na ziemi splugawionej przez wojnę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz