niedziela, 1 czerwca 2014

Przepraszamy za utrudnienia.

Guten Tag czytelnicy

To mój kolejny post od bardzo dawna i wiem, że wyczekujecie nowych opowiadań. Przez ostatnie miesiące miałem kilka problemów i braki weny. Dlatego nic nie pisałem. Mam nieskończone 2 opowiadania i książę.
Proszę was o cierpliwość, postaram się ruszyć z materiałem latem lub jesienią.

Całuski, uściski i frytki do tego
Kajetan
Poniżej linki do stron gdzie jestem obecny.
Ask

środa, 9 kwietnia 2014

SI bardziej humanitarne niż człowiek. (Moje opowiadanie konkursowe)

Gdzieś na rubieżach Układu Słonecznego…
Czterech kosmonautów odliczało dni do końca siedmioletniej misji badawczej na Stacji Kosmicznej „Clarke”, znajdującej się na orbicie planety Kepler K-53-A1. Kolonizacja ruszyła pełną parą dzięki pozostawionym w przestrzeni wrotom, międzywymiarowych zbudowanych przez rasę, poznaną przez nas 10 lat temu oraz skokowi technologicznemu.
Stacja była ogromna, gdyby ją porównać do któregoś z miast byłaby wielkości Gdańska. Wybudowano ją sto osiemdziesiąt lat po Rewolucji Czterech Głów. Ludziom przy pracy pomaga sztuczna inteligencja, jest to niemal stuprocentowa kopia mózgu jednego z najwybitniejszych naukowców XXI. Wieku. Stacja kształtem przypominała ogromny czworościan, każdy z poszczególnych techników zajmował się odpowiednią częścią tego cudu technologicznego. Posiadała ona własny mały ekosystem, sieć transportową, wyżej wspomnianą SI oraz akcelerator czarnej materii robiący za reaktor. Znajdowała się ona jakieś 4 tysiące lat świetlnych od Ziemi, czyli podróż zajmuje niecałe 2 lata przy użyciu wrót. Przy ich odkryciu otrzymaliśmy dużo informacji na temat podróżowania w kosmosie i o działaniu portali. Skoro jest taka wielka, to dlaczego jest w niej tylko czworo ludzi? Przepisy mówią, że przy wymienianiu załogi stacji na następną, to powinno zostać czworo kosmonautów, którzy mają przekazać klucze do komputerów i danych, a potem mogą wracać na Ziemię. Pracowano według czasu ziemskiego, co powodowało, że kosmonauci nie cierpieli z powodu zmian czasowych i pozwalało to na szybszą adaptację do warunków na „Clarke’u”
Rochstein, Bakłański, Watanabe oraz Petersen – technicy zajmujący się konserwacją czekali na przybycie promu. Pozostały trzy dni. Towarzyszył im Hades, sztuczna inteligencja, która miała za zadanie badać Keplera K-53-A1 oraz pomagała przy zarządzaniu stacji. Praca wymagająca oraz dobrze płatna, problemami były głównie promieniowanie i nieco mniejsza grawitacja niż na Ziemi.           
                Za pół roku można było już posadzić na powierzchni łaziki z pierwszymi budynkami kolonialnymi, zespół techników żałował, że nie będą mogli spojrzeć na taki sukces ze stacji, tylko będą w podróży na Matkę Ziemię. Pracowali w pocie czoła, sprawdzając sprawność wszystkich komputerów i serwerowni oraz spójność danych.  Zastanawiał ich wszystkich brak jakiejkolwiek łączności czy też bardzo ostrożne podejście Hadesa do zachowania techników.
Nastał dzień pierwszy. Od początku zmiany czworo kosmonautów czuło się dziwnie – wszystkim towarzyszyły duszności, ból głowy i ogólne osłabienie, podczas obiadu zostały im podane środki placebo, które zadziałały natychmiast. Rozmawiali między sobą o rodzinach, o tym, co będą robić po powrocie na Ziemię i wspomnieniach z dotychczasowej pracy. Śmiali się, słuchali siiebie nawzajem, wszystko w tym czasie podlegało rejestracji do kroniki. Gdy nagle Rochstein upadł bez życia, resztaF załogi była zszokowana tym widokiem leżącego ciała. Wzięli jego ciało i zanieśli do sektora medycznego „Clarke’a”.  Podłączyli go do skanerów po czym diagnoza była dość prosta, ale nie do końca możliwa według techników: niedotlenienie mózgu. Wszyscy się zastanawiali jak mogło do tego dojść, skoro stacja była sprawna. Zapytali Hadesa o możliwą przyczynę. Ten zaczął wyjaśniać im, że to mogło się zdarzyć przez, niższą niż na Ziemi, grawitację. Watanabe  podważał istnienie tego, co się dzieję na stacji. Był wściekły z powodu śmierci Rochsteina, Bakłański podał mu zieloną herbatę by go uspokoić, zadziałała chwilę później. Był załamany, obawiał się o swoje życie, nie mógł do końca uwierzyć w to, że jeden z techników po prostu upadł i umarł. Tego dnia nikt więcej się nie odezwał.
                Liczba dni do przybycia: 2
Kolejna ośmiogodzinna zmiana w toku. Stan serwerów: bardzo dobry.
 Spójność danych badawczych: 100%
Usterki: Pęknięcie rury z dwutlenkiem węgla w sektorze botanicznym na stacji „Clarke”
Technik wykonawczy: Inżynier L. Petersen
Przewidywalny czas naprawy: 2 godziny
                Po dostaniu informacji na temat uszkodzeń, Petersen przetransportował się do wskazanego miejsca, założył skafander inżynierski, po czym przystąpił do zatykania przecieku. System filtracyjny nie pozwolił mu się udusić. Wymierzył laserowym palnikiem w szczelinę i nacisnął spust. Wiązka wysłana w jej stronę zaspawała ją i przywróciła szczelność w systemie przewodów do fotosyntezy. Po zakończeniu naprawy przeskanował usterkę w celu sprawdzenia spoiwa, wiązka krótkotrwałego promieniowania gamma wykazała brak wad w spawie. Zadowolony Petersen uśmiechnął się i poczuł, że coś dziwnego zaczęło się z nim dziać. Zaczęło mu brakować oddechu pomimo założonego skafandra i powietrza w pomieszczeniu do odprowadzania dwutlenku węgla. Dwie minuty później inżynier padł na podłogę i zaczęły nim miotać pośmiertne drgawki. Bakłański i Watanabe po pozbyciu się ciała Rochsteina poprzez wysłania go w kosmos, dostali na komunikatory, które dostali na początku służby, informację o śmierci Petersena, wraz z odczytami z jego ciała. Przyczyną było uduszenie. Zostawili swoje dotychczasowe zajęcia, po czym przetransportowali się do „Botanika”. Weszli do pomieszczenia technicznego, gdzie zastał ich widok ciała Petersona w skafandrze. Przez wizjer skafandra było widać sine ciało technika. Bakłański zaczął wariować, jego ręce zaczęły drżeć, krzyczał, jego zachowania były wręcz skrajne. Śmiał się, po czym chwilę później był wściekły. Podbiegł do jednej z rur i wbijał w nią paznokcie. Robił tak, dopóki z jego palców nie ściekała krew. Działo się tu coś dziwnego, lecz nie wiedzieli co. Bakłański opadł na ziemię i zaczął drżeć jakby dostawał dawki prądu. Watanabe nie reagował, zostało mu obojętne to, co działo się z resztą załogi. Leżący na podłodze inżynier wstał i z szaleńczym uśmiechem na twarzy wyszedł z pomieszczenia. Drugi, pozostający w środku, przyglądał się ciału. Postanowił je wynieść do kapsuły, by się go pozbyć ze stacji.  O dziwo zwłoki Petersena okazały się lekkie jak piórko, pomimo grawitacji na „Clarke’u”.
Gdy dotarł do sekcji kapsułowej wydawało mu się, że widziany przez niego obraz ma wyraźnie zakłócenia i zniekształcenia. Najbardziej był zdziwiony tym, co się działo z kombinezonami, wydawały się poruszać błyskawicznie, na milimetrowe odległości. Tymczasem Bakłański siedział w centrum spotkaniowym, pisał swoją krwią po ścianach następujące słowa: „DEUS EX MACHINA, HOMO SINE CORPUS”. Mamrotał coś pod nosem w swoim ojczystym języku, gdy skończył pisać usiadł na fotelu, odchylił głowę do tyłu. Jego wzrok wpatrujący się w sufit wydawał się nieobecny, ciało technika rozluźniło się, oczy bez zmian. System diagnostyczny „FUSION” nie wykrył stanu Polaka jako zgonu.
Tymczasem Watanabe wziął jeden z kombinezonów, ten zaś zniknął, proces przypominał usuwanie obrazu piksel po pikselu. Ze zdziwienia ręce mu zesztywniały w uścisku, w tym stanie pozostał przez 20 sekund, po czym zajął się chowaniem ciała do kapsuły. Chwilę później wystrzelił ją w stronę Keplera K-31-A1.  Zostało mu przydzielone zadanie sprawdzenia sterowania sondami, więc wrócił się do swojej kajuty. Pomieszczenie o czterech metrach kwadratowych było w sterylnej wręcz bieli. Kontrastem dla tego koloru były plakaty oraz dwie katany wiszące na ścianie przeciwległej do okna. Gdzieś po prawej znajdowało się łóżko z biurkiem, lewa strona była zajęta przez szarą hermetyczną szafę dla kombinezonów oraz stojak na sprzęt naprawczy. Watanabe zdjął strój roboczy i poszedł wziąć prysznic. Jego ciało zawierały ślady po stymulantach i kuracji genowej, tors zdobiły tatuaże, będące hołdem złożonym dla jego dziadka – genialnego konstruktora w dziedzinie nanobotów. Podczas gdy na jego ciało leciała gorąca woda, ten z upuszczoną głową starał się poskładać do całości to, co przeżył przez ostatnie dwa dni. Brakowało w tych wydarzeniach logiki lub sensownego wytłumaczenia. Pomyślał, że to czysty przypadek i z tą myślą, po odświeżeniu się i przebraniu, ruszył do sekcji kontroli. Ze stołu wziął soniczny śrubokręt idealnie nadający się do grzebania w elektronice. Gdzieś w połowie drogi, na korytarzu oddzielającym sektory zaatakował go ból, niespodziewany, przeszywający, krótkotrwały ból głowy, na tyle silny by zwalić Watanabe z nóg. Przeklął, po czym ruszył sprawdzić usterkę. Pomieszczenie do sterowania sondami było pełne monitorów, miało też szklaną podłogę, przez którą było widać planetę. Na jednym z paneli był problem z łącznością jednego z urządzeń pomiarowych. Watanabe otworzył pokrywę i zaczął diagnostykę elektroniki. Soniczny śrubokręt znalazł usterkę, więc technik uruchomił w nim sekwencję naprawczą. Sprzęt był sprawny po trzydziestu sekundach. Skaner składu litosfery znów działał poprawnie. Było to ostatnie zadanie Watanabe na „Clarke’u”.
Dzień 3.
Do przybycia promu pozostało: 50 minut
Watanabe pakował właśnie swoje rzeczy, dwie godziny wcześniej zaszyfrował dane ze wszystkich komputerów a hasła wysłał do serwerowni statku. Po wyniesieniu rzeczy z pokoju udał się do doków, by załadować ładunek do transportu. Udał się do centrum spotkaniowego, gdzie zobaczył to, co napisał Bakłański, gdy oszalał. Watanabe był spokojny, już nie chciało mu się zastanawiać nad tym, co widzi. Był zmęczony tymi anomaliami, dlatego postanowił usiąść w fotelu i oglądać słowa namalowane krwią na ścianie przez Polaka. Nagle Watanabe zaczął kasłać, zakrył usta ręką, gdy ustał na jego dłoniach były ślady krwi i kosmicznego pyłu. Czuł się coraz słabszy, brakowało mu tchu, jego nogi nie funkcjonowały, ciało dostało drgawek. I wtedy przed jego oczyma objawiła się szary mężczyzna bez włosów, jego oczy mieniły się złotem, samemu Hadesowi udało się zmaterializować przed Watanabe, by powiedzieć mu prawdę na temat tego, co się działo z resztą załogi. Opowiadał mu, o tym, że stacja została niemal zniszczona przez zderzenie z satelitą. Watanabe, Rochstein, Bakłański i Petersen to jedyne osoby, które pozostały podczas ewakuacji stacji, niestety doszło do rozszczelnienia „Clarke’a”. Ich umysły były podtrzymywane przez Hadesa poprzez podłączeniu ich do sieci stacji i wysyłanie impulsów elektrycznych do mózgów, a do jego śmierci pozostawały minuty, a nie dni. Czekanie na powrót do domu było tylko iluzją, stworzoną przez SI tylko po to, by technicy mogli umrzeć śmiercią humanitarną. Watanabe się rozpłakał, po czym się uspokoił i kontynuował swoją ostatnią rozmowę w życiu, rozmowę ze sztuczną inteligencją bardziej ludzką niż człowiek…



wtorek, 4 marca 2014

Polowanie cz. I

Moje nocne życie to chyba jedna z mroczniejszych tajemnic tego miasta. Pomimo 20 lat na karku i studiów, jakoś znajduję czas na zajęcie, które wyzwala we mnie najgorsze cechy. Zbliżała się godzina 1:15. Na telefon dostałem powiadomienie o nowym zleceniu, więc otworzyłem laptopa, odpaliłem pocztę i czytam wiadomość:
Hej Kgggggg
Mam do ciebie ważną sprawę, od jakiegoś czasu jeden facet mnie śledzi, wydzwania do mnie i grozi mi. Próbowałam wszystkiego by się odczepił, ale nic nie pomaga. Wiem, że się takimi rzeczami zajmujesz, bo sama to odkryłam. Mam nadzieję, że zrobisz z tym porządek. Poniżej podaję dane osobowe:
Imię i nazwisko: Rgggg Kgggg
Pseudonim: Kuna
Płeć: Mężczyzna
Lat: 24
Wzrost: 181 cm
Kolor włosów: brunet
Kolor oczu: niebieskie
Znaki szczególne: Wytatuowane oczy, posiada opancerzoną rękawicę.
PS. Wpłata na konto dopiero po dostarczeniu dowodu jego śmierci
                Powodzenia
Agggg Rgggggg

Po przeczytaniu wiadomości, skasowałem ją, a potrzebne rzeczy spisałem w notatniku. Poszperałem w Internecie, gdzie dokładnie mieszka Rgggg i czym się zajmuje. Znalazłem w kartotece, trochę informacji o jego przeszłość kryminalnej. Dość ciekawej. Napady, piractwo, drobne kradzieże, handel narkotykami. Widać było, że nie mam doczynienia z ama Rządził on w jednym z bloków mieszkalnych w gggggg, oddalonej ode mnie jakieś 15 kilometrów. Zacząłem szykować uzbrojenie. Preferowałem broń białą, bo jest dobra na krótki dystans ,ale palną też nie pogardzę, ale używałem jej rzadziej. Zastanawiałem się, co wziąć, wpatrywałem się w to, co posiadam, począwszy od ton, pałek teleskopowych, a skończywszy na maczetach i siekierach. Dziś postawiłem na katanę i Desert Eagle akimbo Odłożyłem je na bok i zacząłem się przebierać. Dlaczego to robiłem, bo bez tego dawno bym był za kratkami. Ubrałem, więc półmaskę paitballową, na oczy gogle motocyklowe, wcisnąłem się w kamizelkę polową i ubrałem wojskowe buty. Do kieszeni od jeansów przyczepiłem gaz pieprzowy i tak wyszedłem z mieszkania. Na szczęście nikogo nie było na korytarzu, bo wszyscy spali. Przed blokiem, na parkingu stał mój Fatboy, więc założyłem kask, odpaliłem motocykl i ruszyłem do gggggg. Dojechanie do miejsca pobytu mojego nowego celu, zajęła mi 10 minut. Na telefonie sprawdziłem, czy trafiłem pod dobry budynek – Na razie wszystko było na moją korzyść- Pomyślałem, po czym założyłem słuchawki, w których płynęła ciężka elektronika oraz soundtrack z Hotline Miami. Wszedłem na klatkę schodową. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to zdewastowane ściany, z podpisami często spotykanymi w blokowiskach oraz gdzieniegdzie zamontowane głośniki i kamery. Pokazałem do jednej z nich, że idę po jednego z nich. Minąłem 2 piętra, gdy zaatakował jeden z dresiarzy. To był błąd… Zaczął przeklinać wymachując rękoma i próbując kickbokserskich kopnięć, ale nie zauważył, że ostrze mej katany już dawno utknęło w jego brzuchu. Przeciągnąłem je w prawą stronę, co spowodowało otwarci powłoki brzusznej i wypadnięcie wnętrzności. Zaczął krzyczeć z bólu, ja będąc podbudowany wściekłością, ciąłem go po szyi, powodując jego dekapitację. Ocierając twarz z krwi, nie zdążyłem wybronić prawego prostego wycelowanego w moją twarz. Kolejny łysol był uzbrojony już w kastet. Jednak moja twarz nie została pogruchotana. Maska pochłonęła energię kinetyczną. Odrzuciło mnie na koniec korytarza. Na szczęście oprych nie zauważył walającego się w koncie miecza. Podszedł do mnie, po czym oznajmił pewnym głosem. – I co? Teraz jesteś kurwa kozak?! – Popatrzyłem w jego oczy pozbawionego rozumu i powiedziałem: Może nie jestem kozakiem, ale ty jesteś już martwy. – Wtedy w ułamku sekundy wyciągnąłem pistolet.  Kulka idealnie trafiła, między oczy. Huk wystrzału był niesamowicie głośny i pewnie postawiło resztę bloku w stan gotowości. Miałem rację… Kilka pięter wyżej, po zabiciu kolejnych 3 oprychów w brutalny sposób, usłyszałem mechanizm zabezpieczający drzwi wejściowe. Wiedziałem, że zostałem tu uwięziony i wtedy wydobył się z głośnika niski i szorstki.. – Witaj w koszmarze, Łowco. Czas twojego żywota właśnie nastał, nie wyjdziesz stąd żywy, a mnie nie zdołasz pokonać . – Krzyknął ze wściekłości Kuna. Kto przyniesie mi głowę tego kolesia zostanie sowicie wynagrodzony. – Kończąc te słowa, wyłączył mikrofon, ja zaś zmierzał ku górze, gdy usłyszałem ludzi zbiegających ze schodów. Wiedziałem, że to nie będzie łatwa przeprawa…

piątek, 28 lutego 2014

Spotkanie nad Grzybową Doliną

-Docelowe miejsce będzie osiągnięte za 200m- Oznajmij podręczny komputer, umieszczony na moim nadgarstku. Zmierzałem pod górkę, z plecakiem na sobie i strzelbą zawieszoną na ramieniu.

- Zapowiada się dziś bardzo gorący dzień- Oznajmiłem sam do siebie, po czym maszerowałem dalej. W powietrzu nosił się słodkawy zapach, lekko drażniący, a jednocześnie chce się go czuć. Poranek był piękny, bezchmurny, jednak niepokojący. Dlaczego niepokojący? Bo krajobrazowi towarzyszyła grobowa cisza, jakby za chwilę miało się stać coś strasznego. Do szczytu zostało tylko 50 metrów. Usiadłem sobie na chwilę i zjadłem kolejnego batona energetycznego i popiłem go wodą, sprawdziłem stan amunicji. I wyjąłem książkę mojego dziadka. 1000-Stronicowe dzieło mało znanego autora, było jego ulubioną książką, czytał ją non stop. W dniu swojej śmierci, załadował sobie potrójną dawkę adrenaliny i wyciął kilkadziesiąt kartek swoim wojskowym nożem i wsadził tam dwie rzeczy, po wewnętrznej stronie okładki napisał: „ Otwórz na stronie 545. Ale tylko na czarną godzinę. Popatrzyłem na nią jeszcze chwilę, po czym schował do plecak, poprawiłem pasek od strzelby i dotarłem na szczyt. W dole kotliny łąki ciągnące się po horyzont, widoczność do 15 kilometrów. Gdzieś w oddali było widać szczyty drapaczy chmur w miastach. Ledwo wystawało ponad horyzont. Popatrzyłem na zegarek, mała wskazówka znajdowała się na wysokości dziewiątki. –Jeszcze tylko 30 minut- Pomyślałem, po czym odwróciłem głowę w poszukiwaniu źródła dźwięku, pochodzącego gdzieś zza moich pleców. 22-Letnia długonoga brunetka o szmaragdowych oczach, właśnie ocierała czoło z potu, przed tym zdejmując motocyklowe gogle. Była ubrana w szorty koloru khaki, skórzane wojskowe buty oraz zielony top. Na plecach ujrzałem rękojeść katany, ale sądząc po jej uśmiechu nie chciała jej wyjąć. –Witaj nieznajoma- Oznajmiłem miękkim niskim głosem. –Ty też przybyłaś podziwiać widowisko? W końcu zacznie się nowy rozdział w historii ludzkości. A zarazem jej koniec- Powiedziałem z uśmiechem na twarzy, ona go odwzajemniła. –Tak, stąd będzie piękny widok na to wydarzenie, czy mogłabym poznać twoje imię- Zapytała, śmiejąc się cicho i biorąc kęs kanapki. –Jestem Douglas, pośrednim twórcą tego, co ma nastąpić- Powiedziałem z dumą w głosie, a jednoczesnym wstydem. Podała mi dłoń. –Mów mi Natt, przyszłam tu by przemyśleć swoje czyny, zanim „To” się stanie. Zanim nasz świat stanie się wielkim siedliskiem grzybów.- Oznajmiła, po czym napiła się łyka wody w bukłaka, widziałem, że walczy z myślami. Zapytałem się jej. – Co cię gryzie, Natt? Przeszłość, teraźniejszość, czy to, co z nami się stanie zaraz?- Popatrzyła na mnie z żalem w oczach. – Nie mogę się pozbierać, po ostatnich moich czynach, takiego bólu nie mogę długo znosić. Zabiłam własnego ojca w zemście za całe moje życie, zniszczone przez niego. Odeszłam od rodziny, mojego chłopaka, rzuciłam studia. Ostatni rok, to pasmo samych porażek.- Po ostatnich słowach, rozpłakała się na dobre, więc przerzuciłem temat na mnie. –Nie masz, co płakać Natt, mój jeden ruch sprawił, że za chwilę to, co znałaś, na zawsze się zmieni. To kwestia minuty. – Brunetka uśmiechnęła się nieznacznie, po czym przysiadła się bliżej i założyła z powrotem swoje gogle. Ja w tym czasie otworzyłem książkę dziadka na 545. stronie. Znalazłem tam niewielką butelkę ulubionej whisky dziadka oraz medalion. Butelkę odłożyłem obok i przyjrzałem się drugiej rzeczy, było na niej napisane: „Wszyscy ludzie mają jedną matkę. Matkę Ziemię”. - 20 Sekund.- Oznajmił komputer. – Eh, to może wypijmy razem, za nasze skomplikowane życia?- Zapytałem charyzmatycznym głosem, machając butelką.- Czemu nie, skoro to może być mój ostatni alkohol, jaki w życiu piłam- Westchnęła, po czym wzięła kilka łyków i oddała mi butelkę. Zanim nadeszła moja kolej na spróbowanie tego złocistego trunku, zauważyłem na niebie smugi, a potem nagły rozbłysk. Wtedy powiedziałem do Natt. – Do zobaczenia później, w lepszym świecie oczywiście. – Ona się tylko uśmiechnęła i zasalutowała na pożegnanie. Wtedy poczuliśmy nagłą falę gorąca, nasze ciała płonęły przez kilka niebolesnych sekund, tak jak cała planeta. Wszyscy płonęliśmy, gdy świat rozsiał się grzybami zagłady. Naszych, widzianych ze szczytu, było 3. Potem nastała cisza… Wieczna cisza… Nikt więcej nie usłyszy śmiechu, krzyku, płaczu czy też wiatru. Bo nie będzie komu tego więcej doświadczyć.

wtorek, 25 lutego 2014

True Story

(To jest oparte na mojej prawdziwej historii i niestety czarnym charakterem jestem ja)

Szczęście? A komu jest one pisane? Zakochanym? Chyba tylko po to, by stworzyć prowizoryczny mur przed jedną z takiej możliwości, jaką jest gra na uczuciach, czy też tęsknota. Moja historia była brutalniejsza. Niewinny wieczór na Internecie spędziłem na przeglądaniu „fejsa” i „dziewięćgaga” pośmiałem się. Popisałem kilka wypowiedzi grupach, do których należałem i przyszedł czas na kilka pytań na ask’u. Wylosowałem kilka pytań i odpowiedziałem, nie minęło 5 minut gdy w mojej skrzynce znalazłem wiadomość od jakiegoś użytkownika od treści: <3. Od razu odpowiedziałem, że nie potrzebuję czyjegoś serca, bo sam własnego nie mam. Otrzymałem kolejną wiadomość od tej samej osoby. Przejrzałem profil. Okazało się, że należy to przepięknej rudej dziewczyny o cudnych oczach i uśmiechu. Pomyślałem, że mogę popisać z nią i zobaczyć co wyjdzie. Minęła dosłownie chwila byśmy wynieśli się z ogólnego dostępnego środka komunikacji, na coś bardziej prywatnego. I tym miejscu będzie się toczyć cały dramat. Rozmowy zaczęły się od podstaw, zwykła rozmowa o niczym nadzwyczajnym, podzieliliśmy się swoim hobby i takie tam. Do czasu, gdy to ja zacząłem być miłym, słodząc jej o wspaniałości jej charakteru i o tym, że mi się spodobała na dodatek pytając się o spotkanie. A nie minął nawet dzień. Chciałem się o nią troszczyć, bo była chora. Wiecie, że możliwe za 2 miesiące mieliśmy się spotkać? Wracając do opowiadania. Wyczuła, że to pora zakochanych i możliwe, że się w niej podkochuje. Zacząłem do niej pisać, że chcę z nią być na zawsze, że tylko z nią będę szczęśliwy i nic nas nie rozłączy. Miała zapalenie płuc, a ja się bałem, że może umrzeć, że sobie nie poradzę w życiu. I z tematów depresyjnych przeszliśmy na tatuaże. Ja uwielbiam tatuaże, sam nie posiadam, ale przeszkodą są tylko pieniądze. Opowiedziałem jej o swoim pomyśle, ona mi o swoim. Moje pewnie już znacie. Ona chciała coś, co będzie dla niej ważne, coś związanego ze mną. Byłem w lekkim szoku. I wtedy zapytałem „A co jeśli…? Napisała mi, że nikt mnie przy niej nie trzyma.  Odpowiedziałem, że po ślubie to na pewno tego nie zrobię, z miłości i lenistwa. W sumie zrobiłem próbę zaręczyn. Fakt, że wirtualny, ale gest się liczy. I wtedy zapytałem się jej o pierwszą randkę. Od razu zaproponowała mi roczną. Szok, po prostu szok. Nie mogłem się doczekać. Czułem motyle w brzuchu, uśmiech na twarzy sam mi powstawał. Podejrzewałem, że osiągnąłem stan najrzadziej we mnie spotykany- byłem zakochany…  Pisaliśmy o pięknych rzeczach o ślubie, wspólnej przyszłości i wtedy przyszła pora na tajemnice. Jej najbardziej skrywana tajemnica sprawiła, że moja miłość do niej, zaczęła zamieniać w chęć zemsty na osobie, która wyrządziła jej bardzo poważną krzywdę. Gdy mi o niej powiedziała, byłem zszokowany, ale nie przestałem jej kochać. Byłem wściekły na faceta, który spowodował w niej tak silny uraz. Czułem się jak Anakin, gdy jego matka umarła na jego rękach. Poczułem ten sam gniew. Gniew i żal – te dwie emocje towarzyszyły mi po każdej zakończonej rozmowie z nią. Płakałem podczas powrotów domu. W mojej głowie miałem skrajne emocje. Do pewnego dnia, gdy obudziłem się i poczułem pustkę w głowie. Pustkę emocjonalną. Spowodowaną nie wiadomo czym, Napisałem do niej, że robię 3-dniową przerwę od kontaktów między nami. Nie dotrzymałem słowa. Następnego dnia zacząłem ją atakować, za to, że nie odpisała następnego dnia. Bezpodstawnie… I wtedy napisałem, że to ona ze mną pogrywa, co nie było prawdą, że mnie oszukuje, pisałem, że wiedziałem, o tym, że to się nie uda. Wtedy ona napisała te słowa:
I WCALE Z TOBĄ NIE POGRYWAM
nie rób mi tego
w sumie wiesz co? Moje życie i tak już jest do dupy…
Nie warto już być
Nie warto już nic robić
Teraz trzeba tylko czekać na śmierć
Nie mam na nic już sił
Już dobrze się z Tobą czułam
Pomogłeś mi się od tego wszystkiego oderwać
Pomogłeś mi zapomnieć o wszystkim
Pomogłeś poczuć się ważną osobą
Kochającą
Kocham Cię…
Żegnaj
Wybacz…
Przepraszam, za to, że istnieje
Już nie długo
A co Wielki i Wspaniały Kajetan napisał? (Tak czytelniku tu był sarkazm):
Jak będziesz chciała się zabić to pisz, pójdę po popcorn…


PS. Ciężko mi się pisało, o tym wydarzeniu, opierając się na zapisie rozmowy mojej i dziewczyny, którą zraniłem. Bardzo mnie bolało pisanie tego, dziewczynę przeprosiłem i odszedłem w zapomnienie. Jednak rana na sumieniu pozostanie niezałatana…
Jestem potworem…

Upadek - Moje pierwsze z pierwszych opowiadań


Cisza… Nic oprócz ciszy… Nikt się nie spodziewał, że będzie trwała tak długo. Tak, dziś od ponad 10 lat można było usłyszeć znajomy dźwięk. Dźwięk silnika Diesla… Terkot był tak donośny, że można go było usłyszeć z drugiego końca miasta. Dwie smugi halogenowych świateł przecinały zniszczoną drogę, na której pośrodku znalazły się zniekształcone wraki samochodów. Nie były one jednak przeszkodą dla kierowcy, który swoim Rosomakiem przejeżdżał niczym radziecki atomowy lodołamacz przedzierający się przez lody Antarktydy. Za sobą niósł chmurę czarnego dymu, jakby sama Śmierć nim jechała. Zobaczywszy pozostałości po Galerii Twierdza Kłodzko i zdjąwszy zakurzone okulary spawalnicze, kierowca zatrzymał się i rozpłakał. Cieknące łzy spływające po policzkach zostawiały za sobą ślady na twarzy. Horacy przypomniał sobie miasto, które uwielbiał odwiedzać zawsze w weekendy, ponieważ mieszkała tam jego ukochana Iwona. Płakał, bo wiedział, że jej nigdy więcej nie zobaczy; jej ciało zostało zniszczone przez szalejący ogień powstały po wybuchu bomby atomowej, która omyłkowo znalazła się nad Kłodzkiem, zaś jej dusza została stopiona przez promieniowanie pozostałe po tej strasznej katastrofie. Horacy zebrał się w sobie, wsiadł i ruszył w kierunku centrum handlowego. Lawirując między samochodami, dostał się w końcu pod same drzwi i przeszedł przez nie bez problemu, gdyż szyby były powybijane od dawna. Udał się do Empiku, miejsca, gdzie czekając na swoją dziewczynę, czytywał książki i za każdym razem którąś kupował i przeznaczał na prezent dla Iwony. Dziś to miejsce przypomniało jedynie starożytne egipskie grobowce ze zbutwiałymi, nadającymi się tylko na ognisko książkami i spalonymi ciałami „kapłanów”, którzy tu spędzili ostatnie chwile życia, trzymając w ręku rzeczy, które nigdy nie trafiły do innych rąk. Horacy pomknął w swoich skórzanych wojskowych butach do stanowiska z militariami. Było ono zawalone metalowym stelażem dachu, którego tak naprawdę nie było widać spod warstwy śniegu. Odgarnął śnieg saperką i znalazł kilka przydatnych rzeczy: maskę przeciwgazową, maczetę będącą w pokrowcu, scyzoryk i słynną, już nieco zakurzoną, apteczkę samochodową, której cena nie była wcale niska, ale jej zawartość pozwoliłaby przetrwać najgorsze przypadki medyczne. Horacy zabrał łup do plecaka. Przy okazji wyjął latarkę, ponieważ zaczęło się ściemniać. Gdy dotarł do supermarketu, osłupiał ze strachu. Zobaczył stosy szkieletów ludzkich, leżące wśród półek. Psycho przeklął pod nosem, bo na półkach nie było ani grama jedzenia, nawet tego dla zwierząt. ”Nawet nie chcę wiedzieć, co się stało, gdy jedzenie się skończyło”- pomyślał i nagle obok niego zawalił się kawałek dachu, wyrzucając w powietrze tumany kurzu i popiołu. „Szczęściarz” – powiedział, wypluwając z ust pył i wycierając go z twarzy. Potem wrócił do transportera.
Horacy pracował jako mechanik w jednej z baz wojskowych na Dolnym Śląsku, głównie naprawiał pojazdy opancerzone i ciężarówki transportowe. Stacjonował trzy lata w Iraku, gdzie często wyjeżdżał z oddziałem na patrole, by pomóc lokalnym mieszkańcom. Mówili na niego „Psycho”, bo lubił od czasu zrobić komuś seans psychologiczny i fascynował go ludzki umysł, przeczytał kilka książek właśnie na jego temat.  Po powrocie do kraju czekała na niego dziewczyna - Iwona, którą poznał gdzieś w podziemiach Twierdzy Kłodzkiej. Jednak kolejny raz musiał wstąpić do wojska, lecz tym razem sprawa była poważniejsza… A żeby Koreę Północną i ich sprzęt! Kim Dzong-Un nie wiadomo dlaczego zrzucił swoje głowice na Europę, głównie w jej środkową część, dlatego Polska oberwała. Lecz za nim nastąpił atak, ogłoszono alarm bombowy i nakazano ludziom chować się do schronów. Horacy, kierując ludzi do schronu, gdzieś w okolicy Wrocławia, cały czas myślał o tym, czy jego dziewczyna z Kłodzka zdąży się schować przed atakiem. Była ona w ciąży a dokładnie w 5 miesiącu. Gdy udało się pomieścić część ludzi w schronach, żołnierze odpychali tłum, tłumacząc, że nie ma miejsc i trzeba udać się do piwnic lub innych bezpiecznych miejsc. Ludzie nadal nie słuchali, padły strzały i tłum w panice uciekł. Dopiero wtedy właz zamknięto. Dało się jednak słyszeć walenie pięściami do włazu i krzyki niezadowolenia... Huk wybuchu nawet w podziemiach był nie znośny, spadła, bowiem rakieta balistyczna, jakieś 2 kilometry stąd. Krzyki jednak nie ucichły. Rakieta nie była uzbrojona w głowicę i narobiła szkody w postaci pożaru na łące. Horacemu trzęsły się ręce, gdyż przeżył on szok, jakiego nigdy nie doświadczył. Czuł się winny z tego powodu, iż nie mógł wpuścić tych ludzi z zewnątrz do bezpiecznego schronu. Usłyszał gdzieś na korytarzu głosy dochodzący z radiowęzła, pobiegł za źródłem dźwięku i stało tam jeden operator radiowy, jeden dowódca i dwóch jego podwładnych. Wszyscy we czterech patrzyli z przestraszoną miną na telebim przedstawiający mapę polski z podświetlonymi na czerwono punktami przedstawiające schrony. Znikały jeden po drugim. Warszawa… Kraków… Gniezno… i inne 30 schronów. 
-Co się dzieje sierżancie? – Zapytał Horacy stojącego obok podstarzałego już żołnierza.
-Cóż… Nie wygląda to nazbyt ciekawie. Jesteśmy już zgładzeni.- Powiedział dowódca, będąc bardzo zestresowany tą sytuacją.
-Jako to zgładzeni? – Powiedział Psycho nie dowierzając w to, co usłyszał dosłownie przed momentem
-To ty nie rozumiesz?! To jest koniec! Epilog naszego istnienia! Armagedon! Nasza ojczyzna została zrównana niemal całkowicie z ziemią! Tylko niektóre miasta miały szanse przetrwać… - Krzyknął do Horacego sierżant, wyrzucając z siebie gniew. Horacy modlił się w myślach o to, żeby głowice ominęły Kłodzko. Pech chciał, że w tym momencie zniknął sygnał z Kłodzka, co oznaczało jedno… Z miasta nie zostało wiele… Czuł, że coś w nim umiera. Jego ciało napełniało się żalem i fałszywą chęcią wierzenia w to, że wszystko będzie dobrze. To uczucie trzymało tak 4 lata, gdy postanowił wyjść na powierzchnię i ruszyć do Kłodzka…
       Horacy wyjął z kieszeni kamizelki kluczyki od transportera opancerzonego, wsadził do stacyjki, przekręcił je, i czterystukonny silnik zabrzmiał donośnym rykiem. Zbadawszy poziom oleju napędowego, ruszył na poszukiwania choćby jednej żywej duszy w tym zapomnianym mieście. Przejeżdżając ulicą obok zniszczonego budynku gimnazjum, napotkał przeszkodę. Otóż na drodze zalegał góra gruzu ze ścian zniszczonych budynków, które sąsiadowały ze sobą. Jednak to nie stanowiło problemu dla Rosomaka, który gładko przejechał przez skarpę. Gdy już minął skarpę, wysiadł z kabiny i skierował się w stronę tuneli prowadzące do wnętrza Twierdzy, która sama trochę przez atak ucierpiała. Najbardziej zniszczoną częścią budowli był jeden z tarasów, który przypominał tylko kopiec cegieł, który mógł się w każdej chwili może posypać. Horacy szedł chwilę tunelami, lecz musiał zawrócić gdyż były one zawalone. Jedyną drogą, która umożliwiała wejście do Twierdzy, była wspinaczka na jeden z tarasów. Na szczęście przewidywanie takich sytuacji często pomagały Horacemu w pracy. Wziąwszy czekany, raki, karabinki, i kołki do montażu w lodzie, zabrał się do ruszenia w wyprawę na „szczyt”. Twierdza z wyglądu przypominała zamarznięty wodospad, lecz to nie stanowiło problemu dla Horacego. Czekany trzymały się w lodzie niesamowicie, co Horacy sprawdził wieszając się na jednym z nich. Gdy założył asekurację, czuł jak zaczęły sztywnieć z zimna, lecz nie zwracając uwagi na te bodźce wspinał się, co raz wyżej i wyżej. Gdy dotarł na taras okazało się, że nie ma na nim ani grama lodu, tylko sam śnieg i popiół. Wspinaczka zajęła mu około 40 minut, czym doprowadził swoje palce prawie do pierwszego stopnia odmrożenia. Horacy wyjął, zatem z kurtki kieszonkowy ogrzewacz na benzynę, zapalił i umieścił w rękach. Gdy już poczuł, że ból w dłoniach przechodzi, zgasił go i schował z powrotem do kieszeni. Zaczął czekanem odkopywać drzwi, gdy już usunął śnieg drzwi się uchyliły. Horacy włączył latarkę i poświecił w stronę korytarza. To, co zobaczył trochę go zdziwiło. Na podłodze, bowiem walały się maski przeciwgazowe, dozymetry, zużyte apteczki i instrukcje postępowania w razie ataku jądrowego. Zapaliwszy latarkę, ruszył wzdłuż tunelu. Horacy oprócz kapiącej wody ze ścian, słyszał tylko swój oddech. Tuż pod sufitem wisiały się kable, wydawało się, że ciągnęły w nieskończoność. Po drodze znalazł starą mapę pokazującą rozplanowanie pomieszczeń w Twierdzy. Horacy postanowił udać się do pomieszczenia z łącznością. Podczas podróży do kolejnej części schronu, próbował z otaczającej wręcz grobowej ciszy wychwycić jakikolwiek dźwięk, jednak ten czyn na nic się nie zdał.  Gdy już dotarł do celu, zobaczył rzędy komputerów, przy którym siedziały szkielety ludzi. „Chyba próbowali złapać sygnał, aż do samej śmierci.” – Pomyślał Horacy przyglądając się przy okazji sprzętowi. Jak na takie miasto to sprzęt z najwyższej półki trafił do schronu, choć teraz on był nadgryziony zębem czasu i awariami. Boki obudowy wyglądały na przysmalone z powodu pewnie spalenia płyty głównej. Wyszedł z pomieszczenia i poszedł sprawdzić inne. Rzeczy, które w nich znalazł były różne: koce, książki z literatury każdego gatunku, zapiski osób, które przetrwał, ale najbardziej przydał mu się szwajcarski scyzoryk. Postanowił wrócić do Rosomaka. Postanowił ruszyć na rynek. Tam droga jednak, prowadziła na 2 sposoby, przechodzenie przez ruiny ratusza lub zjazd transporterem niżej, gdzie promieniowanie miało większe działanie. Mechanik wolał wybrać ścieżkę z dala od promieniowania. Przebiwszy się przez ratusz, znalazł się na placu, który otoczony budynkami przypominał lodową dolinę, lecz tylko górne części budynków była pokryta lodem. Horacego coś ciągnęło w stronę starego kiosku, będącego na obrzeżu rynku, przebiegł przez plac do niego i wszedł przez framugę. Czuł, że pod stertami zbutwiałych gazet i czasopism jest coś, co koniecznie musi zobaczyć. Psycho zaczął przekopywanie kupy papieru by dostać się do celu. Wreszcie znalazł pudełko, na którym był wyryty nożem napis „Z prochu powstałeś w proch się obrócisz”. Zawierało ono małą książeczkę, przypominającą pamiętnik. Horacy zajrzał do środka i stwierdził, że należał on do kobiety, zaczęło się robić ciemno, więc wziął ją do Rosomaka, podłączył lampę do osobnego akumulatora, który z kolei był ładowany przez kolektory słoneczne zamontowane na nadwoziu transportera. Usiadł wygodnie w kabinie i nie sprawdził radia. Nie robi tego już od dłuższego czasu, gdyż przez te 4 lata nikt się nie odzywał z łączności baz. Czas swoje zrobił, książeczka ledwo się trzymała, a przy okazji nie miała kilku stron, niektóre z nich były nieczytelne. Jednak Horacy w końcu znalazł zapis, który w był dobrym stanie:
Dzień 13
Jedzenie skończyło mi się 2 dni temu. Źle się czuję, nie mam czego jeść i pić. Wyjrzałam z kiosku i widziałam ludzi, którzy umierali lub już umarli z przyjętej dawki promieniowania. Na ścianach można było zobaczyć odbite negatywy tych, co w czasie wybuchu szli sobie do pracy lub do szkoły. Nie wiem ile jeszcze będę żyć. Z dzień… Dwa dni… Włosy dawno zaczęły mi wypadać, wiem, że jestem już tylko wrakiem człowieka. Chociaż ten notesik po mnie zostanie. Najbardziej tęsknić będę za moim ukochanym Horacym, którego nigdy więcej nie zobaczę, nasze dziecko nigdy nie pozna ojca. Dobrze, że chociaż ono będzie miało rodzinę, zostało adoptowane przez małżeństwo żołnierzy. Czas na sen może nawet na sen wieczny, czuję się zmęczona. Jutro mogę już się nie, obudzić. Mam cichą nadzieję, że Horacy znajdzie ten notesik i to przeczyta. Kocham cię…

Horacy, gdy skończył czytać rozpłakał się, obudziła się w nim tęsknota za Iwoną i za starym światem, w którym był szczęśliwy. Płacz nie cichł przez dobre 20 minut, potęgując atmosferę tego miasta. Miał go dosyć i chciał jak najszybciej z niego wyjechać. Ściskają notesik Psycho wyczuł, że coś jest pod okładką. Horacy wziął wojskowy nóż i otworzył nim starą skórę znajdującą się na książeczce. Ukazał mu się naszyjnik, który kupił Iwonie na 5 rocznicę ich związku, zabierając go czuł, że mimo Iwona umarła, jej dusza będzie przy nim w tym wisiorku. Gdy spędził noc z notesem w ręce, za świtu sprawdził kiosk jeszcze raz czy przypadkiem czegoś nie przeoczył. Gdzieś w kącie walał się fragment mapy Polski ze zaznaczonymi Tatrami w kółku i napisanym czerwonym flamaster nad nim słowem „NADZIEJA”. Horacy, postanowił, że to będzie jego głównym celem. Zabrał papier ze sobą i wsiadł do Rosomaka, wskaźnik paliwa był na niskim poziomie, Horacy wlał olej napędowy z kanistra do baku, po czym ruszył dalej. Był na tyle kreatywny, że skonstruował filtr do oleju by oczyszczony pozwolił mu na jazdę transporterem bez zmartwień. Psycho jechał w stronę Mostu Gotyckiego, posągi przedstawiające świętych były zniszczone i przypominały o tym, że religia nie może się równać z ludzką nienawiścią i bronią masowego rażenia. Nie był on zniszczony, falę uderzeniową głównie przejęły otaczające budynki. Widok z mostu na miasto w kierunku przystanku PKS przypominał to, co zostało Warszawy podczas drugiej Wojny Światowej. Wjeżdżając na główną drogę, przez naderwany most starał się by, żadne z sześciu kół nie znalazło się w powietrzu. Z budynków wokół niej zostały szkielety jak by były z kart i ktoś by je zdmuchnął. Na niebie przez chmury przebijały się promienie słoneczne, odbierając Kłodzku odrobinę ponurej atmosfery. Główna droga była zasypana wrakami samochodów osobowych i autobusów, w których szkielety ludzi zastygły w swoich czynnościach podczas fali ognia następującej po detonacji bomby atomowej. Na drodze leżały betonowe fragmenty wiaduktu, z którego wisiała lokomotywa, z kilkoma wagonami pasażerskimi.  Mijał Rosomakiem kolejne zniszczone ulice, jechał tak do wylotu z miasta. Tam ostatni raz spojrzał na stolicę Kotliny Kłodzkiej, założył wzmacnianą płytami kewlarowymi płytami kurtkę. Zanim odjechał na starym banerze reklamowym napisał: „Wojna… Wojna nigdy się zmienia… Ci, co ją wywołali zapewne smażą się w piekle… Pewnie są dumni, że na nasz świat sprowadzili takie okropieństwo, upadek… Potępione będą ich dusze na wieki…”. Horacy wsiadł do transportera za kierownicą i wyjął zza siedzenia pudełko, w którym znajdowały się płyt CD z muzyką, znalezione z jednej w piwnic. Psycho wsadził jedną do odtwarzacza i do uszu dopłynęły piękne dźwięki jazzowe w wykonaniu Louisa Armstronga. Horacy zrobił to po raz pierwszy od bodajże 2 lat. Muzyka jakby dodała mu nadziei na znalezienie wolnej od skażenia osady gdzie by mógł spokojnie żyć. I znów w Kłodzku nastawała cisza. Nieprzerwalna od 10 lat. Terkot Diesla był co raz mniej słyszalny, kierował się w stronę znalezienia nowego życia, na ziemi splugawionej przez wojnę…

Wirtualna zemsta

- Żryj ołów, gnido. – Krzyknął Michał, do mikrofonu, znany bardziej w świecie, jako LoRent44 – znanym i szanowanym we okolicznych kręgach graczem Halo 4. Jednak szacunek powoli zanikał. Zamiast niego pojawiła się pogarda i wstręt do narcystycznego i egoistycznego podejścia do grania podczas rozgrywek drużynowych.  –Taaak, kolejny frag, widzicie?! Jestem najlepszy! Najlepszy! – Zdzierał z siebie głos po to, by pokazać swoją wyższość na innymi. Mijały kolejny minuty rozgrywki, kolejne trupy sypały się z jego ręki, co raz więcej punktów dla drużyny, a właściwie dla siebie. Do czasu… Do czasu, gdy jego towarzysz zabił przeciwnika przed jego nosem. – Ty skurwielu, przyjdę do ciebie i cię zabiję, to był mój frag, mój, mój. – Wrzeszczał ze wściekłości, ściskając coraz mocniej pada w ręce. Dlaczego nikt nie reagował na jego zachowania w domu? Bo mieszkał sam, odizolowany od ludzi i realnego świata, był pochłonięty wirtualną wojną z ludźmi z innych krajów. W końcu… Koniec meczu, wyświetlenie statystyk i co się okazuje? Jego znajomy, mieszkający od niego 10 minut drogi, kryjący się pod GamerTag’iem: Cr33pyGreg01 przebił Michała jednym punktem. Tylko jednym punktem. –Grzesiek, jak mogłeś mi to zrobić?! Ty chuju, jak ja będę wyglądał w statystykach? Zemszczę się za to, zobaczysz!- Pluł się do Grześka, jakby ten jeden frag decydował, o życiu lub śmierci. –Ciebie człowieku, popierdoliło do reszty? Ty wiesz, co w ogóle gadasz?!- Powiedział Grzesiek zdziwionym głosem. –Jesteś śmieciem, dla którego ważne jest jakieś wirtualne gówno, nic poza tym. Nie dziwię się ludziom, dlaczego się od ciebie odwrócili. Myślisz, że dlaczego ludzie cię nie szanują? Bo nie mają, za co! Najbardziej mnie cieszy to, że nawet Magda się od ciebie odwróciła. Żeby stracić dziewczynę przez swój narcyzm?! Trzeba mieć nieźle narąbane w głowie, by tak postąpić. –Krytykował LoRent’a 44 dalej. – Zamknij się, to nie prawda. Zabiję cię za te herezje przeciwko mnie, zabiję! I jak śmiesz o niej wspominać, była suką. Zimną suką, nikim więcej. Tak jak reszta ludzi. Banda palantów, którzy są słabsi ode mnie. Jestem powyżej ich poziomu. – Wyrzucił z siebie Michał, z lekką nutką żalu do całego świata. – Zobacz, nawet rodzina cię opuściła, przez to kim się stałeś, zmienili nazwisko i miejsce zamieszkania.- Mówił dalej Grzegorz, wypuszczając zalegającą w nim wściekłość. –Teraz to już przegiąłeś pałę, kolo. Zniszczę cię i całe twoje życie, twoja noga nie będzie miała wstępu nigdzie! Rozumiesz? Nigdzie! – Płacząc ze wściekłości za krytykę, co raz bardziej budował, chęć pozbycia się Grzegorza jak pasożyta ze swojego życia. Zaczęła się nowa runda. Już na początku rundy dorwał się do plazmowego miecza, po czym ruszył przed siebie. Tym razem Cr33pyGreg01 grał w przeciwnej drużynie. Biegł przed siebie, nie spotykając innych przeciwników przed sobą, miał na radarze zaznaczoną pozycję Grześka. Zaczął sprintować do niego, odległość się zmniejszała. 40 metrów, 30 metrów, 20 metrów, 5 metrów. Znalazł go. Siedział w pokoju w bazie przy komputerze i czekał na amunicję. Michał doskoczył do niego o tyłu pchnął miecz w jego stronę. Widział jak przebija jego pancerz i widzi ostrze wychodzące Grzegorzowi z torsu. Nie wiedzieć czemu nie dostał punktów za zabicie go i dlaczego krew spływała po ręce Michała. Ciało Cr33py’ego jeszcze miało lekkie drgawki w pośmiertnych konwulsjach. Idealnie trafił w sam środek serca. Śmierć była bardzo szybka. Ale Michał gotował się ze wściekłości, bo nie widział innych wrogów i nie frag nie został zaliczony. Powoli zaczęło do niego docierać co zrobił, że wcale nie siedział przed konsolą, ale był w mieszkaniu Grześka z zabrudzonym tanto w ręku, ciałem leżącym w salonie na podłodze. Plama krwi co raz bardziej się powiększała. Zszokowany Michał był spięty, nie mógł się ruszyć. Gdy próbował zrobić krok jego ciało na to nie pozwalało. Z szoku jego emocje przeszły w strach, a potem w panikę. Wtedy to rzucił nóż i uciekł z mieszkania. Zaszył się w swoim i próbował myślami uciec od tego co zrobił. Ale odległość czasowa między zabiciem Grzegorza z zimną krwią, a włączeniem się świadomości czynu ciągle rosła… Minęły 2 tygodnie. W końcu znaleźli ciało Grzegorza, trochę już zgnite, przy nim tanto, którym został zamordowany. Było wiadomo już, kto to zrobił. Nie minęło kilka godzin, jak gliniarze weszli do mieszkania Michała. Ale było cicho. Sprawdzili wszystkie pomieszczenia, do których drzwi były otwarte. Na końcu ich poszukiwań został salon. Drzwi były zamknięte. Wołanie policjantów na nic się zdało, dlatego otworzyli drzwi siłą. Widok, który tam zastali ich zdziwił. Ciało Michała oparte na fotelu było przebite bardzo podobnym nożem do tego, którym on sam zadał śmiertelne pchnięcie. Wzrok był nie obecny, wydawało się, że wyłączony z rzeczywistości. Na 46-calowym telewizorze, była zatrzymana rozgrywka z Halo, a dokładnie moment jak Spartanin Michała zostaje zabity przez postać innego gracza plazmowym mieczem…